Psia inwazja uroku i słodyczy czyli „Psiego najlepszego”

Psia inwazja uroku i słodyczy czyli „Psiego najlepszego”

Nigdy nie przepadałam za filmami, gdzie główną rolę odgrywały jakże genialne zwierzęta. Psy koty, owce, konie i inne. Wiało sztucznością na kilometr i zwyczajnie denerwował mnie taki sposób opowiadania historii. Oczywiście nie dotyczy to animacji, bo to jakby inna para kaloszy ( animacje wszelakie kocham i wielbię). Do samych książek również nie byłam przekonana. Do poprzedniej książki  Camerona „Był sobie pies” nomen omen podchodziłam jak pies do jeża. Było kilka podejść i nic z nich nie wyszło. A jak było tym razem.

O CZYM JEST „PSIEGO NAJLEPSZEGO”?

Pewnego jesiennego wieczoru Josh Michaels znajduje na swojej wycieraczce ciężarną suczkę Lucy. Jego uporządkowane i melancholijne życie zamienia się w mały szczekający rollercoaster. Na ile Josh poradzi sobie z nową sytuacją? Jak cała gromada słodkich psin wpłynie na niego samego? Czy uda mu się uporać z przeszłością i zacząć wszystko od nowa?

PIES W ROLI GŁÓWNEJ

Cała akcja książki opiera się na historii suczki Lucy i pięciu słodkich szczeniaczkach. Na szczęście ta podstawa nie uwiera czytelnika i nie nudzi. No może czasami. Czytelnik ma okazję zobaczyć jak zmienia się główny bohater pod wpływem zwierząt. Choć może nie zmienia. Raczej to zwierzęta wydobywają z niego wszystko to co najlepsze. Pod ich wpływem odnajduje w sobie ogromne pokłady miłości i współczucia. Obudzona opiekuńczość i strach potęgują jedynie zmianę bohatera. Wszystkie te zabiegi zadziałały na korzyść tej historii, mimo nieco ckliwego wymiaru ewolucji Josha.

MIŁO, UROCZO, ROMANTYCZNIE

„Psiego najlepszego” w skrócie właśnie takie jest. Choć nie brakuje dramatów i trudnych sytuacji. Po lekturze tej książki nastał jakiś taki błogi spokój i zwyczajna radość. Podczas czytania uśmiech  schodził mi z twarzy.  Nie przepadam za tak ckliwymi historyjkami na wskroś słodkimi. Ta obawa przed sztucznością kompletnie mnie odstrasza. A w „Psiego najlepszego” nie było grama sztuczności, dialogi bohaterów były normalne, bardzo realne. Relacje między nimi nie były przerysowane i po prostu ciekawiły czytelnika. Subtelny humor dopełniał całość.

I CO Z TEGO, ŻE PRZEWIDYWALNE

Od początku mniej więcej wiadomo jak to się skończy. W tej historii znajdziemy wiele schematów czy to charakterologicznych czy wątkowych. Nieco odizolowany i wycofany główny bohater, krnąbrna i zadziorna wybranka czy nadgorliwa przyjaciółka i heheszkowy kumpel. Brzmi banalnie? No brzmi. Ale co z tego, jeśli lektura wciąga, a schematycznych bohaterów da się lubić? Mimo banałów, schematów i przewidywalności jest kilka miłych zaskoczeń i cała masa wzruszeń.  Czasami warto przeczytać coś co może i nie będzie wzbudzało skrajnych emocji, ale będzie przyjemne w odbiorze i będzie wywoływało uśmiech na twarzy.

PODSUMOWANIE

Nie byłam przekonana, ale już jestem. Bardzo polubiłam i psiaki i bohaterów i nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że tego typu lektura może mi się spodobać. „Psiego Najlepszego” to cudownie urocza historia. Idealna na  grudniowe popołudnia. Będzie również świetnym świątecznym prezentem. Historia dosłownie na jeden chaps.  Dla pragnących poczuć świąteczny klimat „Psiego najlepszego” to pozycja obowiązkowa.

Książka „Psiego najlepszego” w trzech słowach: poruszająca, urocza, ciepła

Moja ocena: 7/10

Wydawnictwu Kobiece  dziękuję za egzemplarz książki do recenzji.



  • Też nie lubię filmów ze zwierzętami w roli głównej, właśnie ze względu na sztuczność, którą wieje z kilometra! Zauważ, że takie filmy w tv puszczają zwykle w niedzielę i od święta. Właśnie dlatego, jak tylko zobaczę choćby fragment tzw. ‚niedzielnego filmu dostaję nerwicy 😂. Ale … na książkę może się skuszę 🤔. Buziaki !

    • O to to! Mam tak samo. W weekendy królują genialne psy (ewentualnie koty) i niby inteligentne ( czyli przemądrzałe) dzieci. W „Psiego najlepszego”, całe szczęście, nie ma tego efektu. Przynajmniej w takim stopniu jak w filmach. 😀